ten blog zakończył swą działalność. De facto (dziś upewniłem się że to słowo powinno się pisać oddzielnie, więc z tej radości postanowiłem go przy tej okazji użyć, a co) stało się to jakiś czas temu, ale dopiero teraz piszę o tym oficjalnie.

Tagi: muzyka, stopa, niezastąpieni
skomentuj (0)

Kasia Abramczyk. Jeden z najwyrazistszych przykładów na to, że uroda i talent nie muszą się wzajemnie wykluczać. Jednak na temat wyglądu, wrażeń estetycznych, kwiecistych sukni itp. nie chcę się rozpisywać (choć mógłbym o tym godzinami), takimi rzeczami niech się zajmują profesjonalni krytycy na poważnych festiwalach. Ojej, miałem się już nie wyzłośliwiać, przepraszam... Ja o muzyce chciałbym przede wszystkim pisać.
To niesamowite, ile rzeczy można wyrazić i przekazać jedynie przy pomocy swojego obłędnie pięknego głosu i gitary. Jak głęboko tak prostymi środkami można wejść w drugiego człowieka i go całkowicie opętać... Lecz, jak już gdzieś niedawno napisałem, dopóki opętują mnie Anioły to chyba nie jest ze mną tak źle.
Tak, Kasia jest Aniołem, a najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że ona nadal myśli że nikt się jeszcze w tym wszystkim nie zorientował i jej nie przejrzał. Nie wystarczy na czas muzykowania zrzucić skrzydła i zastąpić je gitarą by zachować pozory. Są tacy, którzy i tak od razu domyślą się co jest grane.
To bardzo odważne porównanie, chyba nigdy jeszcze nie pisałem tego publicznie... Zaczęło się od tego zdjęcia które zdobi tę notkę (jednego z moich najukochańszych, choć na dobrą sprawę to tak mógłbym powiedzieć o wszystkich, które widziałem), na którym podobieństwo mnie uderzyło... Ale to nie tylko o wygląd chodzi. Kasia ma w sobie coś z Evy Cassidy. Nawet stylistyka podobna, też ballady i blues. I Evę nazywano kobietą o głosie Anioła...
Solowe nagrania Kasi, które dostałem jakiś czas temu zauroczyły i zniewoliły mnie od razu. Są tak magiczne, że z wielkim trudem przychodzi mi pisanie o nich, bo mam zbyt ubogie słownictwo by wyrazić choć w małym procencie to, co przy nich czuję. A nawet gdyby moje słownictwo było znacznie bogatsze, to i tak najprawdopodbniej w żadnym języku świata nie ma słów, które by to wszystkie doznania oddały. Całe to niewypowiedziane ciepło i dobro płynące z jej śpiewu i grania...
Kilka osób zwróciło mi uwagę, że mógłbym powycinać zapowiedzi utworów, ale jakoś nie potrafię czegoś takiego uczynić. Dla mnie te mówione wprowadzenia są nierozerwalną częścią, i nie umiem ich tak po prostu wyciąć. Może kiedyś, ale jeszcze nie teraz.
A prywatnie Kasia jest taką kobietą, którą nawet gdybyśmy mieli spotkać tylko raz w życiu, to i tak nigdy tego spotkania nie zapomnimy. Ale przecież nigdzie nie zostało napisane ani powiedziane, że to będzie tylko raz...
Zmruż, proszę zmruż oczy, może zaczniesz widzieć jaśniej nim dzień z tobą w smutku zaśnie...

Prawie 9 miesięcy temu napisałem dość brzemienną w skutkach notkę poświęconą zespołowi Myśli Rozczochrane Wiatrem Zapisane. 9 miesięcy, może to była ciąża urojona (może nawet ujarana), tak czy owak - czas ponieść jakieś konsekwencje tamtego wpisu. Wymyśliłem więc sobie, że "za karę" napiszę o jednej z rozczochranych dziewczyn, która równolegle do działalności w zespole z równie piorunującym efektem rozpoczęła przygodę solową.
Tagi: muzyka, myśli, anioły, kasia, rozczochrane, wiatrem, zapisane, abramczyk
skomentuj (0)

Dojechałem tym razem na styk, mało brakło a przez skandalicznie niewielkie opóźnienie rozpoczęcia koncertu bym się spóźnił. Dlatego wszedłem na koncert właściwie z marszu, ledwie zdążyłem zamówić colę przy barze a oni już wyszli.

Tagi: muzyka, closterkeller, bogart, gomunice
skomentuj (0)

Tagi: irena, niezastąpieni, kwiatkowska
skomentuj (0)
Dane potrzebne do przekazania 1% podatku:
Kacper jest moim chrześnikiem. Kilka tygodni temu obchodził swoje trzecie urodziny. To silny chłopak i wiem, że kiedyś będę z nim grał w piłkę, oglądał mecze w telewizji i zabierał go na mecze na żywo. Zabiorę go też kiedyś na koncert Dżemu, który lubi od i do kołyski, w lepszy i gorszy dzień. Jednym słowem - będę robił z nim wszystko to, co w moim przekonaniu należy do obowiązków ojca chrzestnego. Jednak nim to nastąpi, czeka go jeszcze kilka długich, żmudnych i kosztownych turnusów rehabilitacyjnych...
Kacper przyszedł na świat kilka tygodni za wcześnie. Urodził się z dziecięcym porażeniem mózgowym, mimo stałej opieki rehabilitacyjnej wciąż występują u niego poważne zaburzenia ruchu i mowy. Lekarze są dobrej myśli, uważają że wszystko idzie w dobrym kierunku, jednak wszystko wymaga czasu. I jeszcze wielu godzin ciężkich, intensywnych ćwiczeń...
Wiem, że wszyscy czytający te słowa są ludźmi żyjącymi świadomie, i z pewnością duża część z Was od dawna wie, na co przeznaczy 1% swojego podatku. Gdyby jednak się zdarzyło, że ktoś jeszcze nie wie co z tym procentem zrobić, to bardzo proszę o rozważenie pomocy dla Kacpra... I z góry za tą pomoc dziękuję.
Fundacja Dzieciom "Zdążyć z pomocą"
KRS 0000037904
1 % dla 12686
Kacper Niedźwiedzki
Tagi: kacper
skomentuj (1)
Piątkowy wieczór, 18.02.2011, Gomunice, Bogart. Ale zanim Gomunice to najpierw przygody - genialna ekipa piotrkowska wysiadła bowiem z pociągu w Dobryszycach zamiast w Gomunicach, i trzeba ich było odnaleźć na radomszczańskich peryferiach. Udało się.
Gitarzysta od razu zaskarbił sobie moją sympatię, gdyż przyodziany był w koszulkę Dream Theater, i sądząc po fragmentach jego solówek to Dream Theater zna chyba nie tylko z wkładek do "Tylko Rocka". Ciężko mu się było jednak w pełni rozwinąć w tej stylistyce. O tym, jak bardzo nie jest to skomplikowane granie najlepiej niech świadczy fakt, że przez moment wydawało mi się że zaczynają grać jakąś piosenkę Comy. Co ciekawe, jeśli chodzi o zachowanie na scenie, wczuwanie się, przeżywanie itd. to wokalista chwilami przypominał mi Roguckiego. Z tym, że Zenek z założenia ma być w tym zabawny, a Roguc z założenia jest śmiertelnie poważny. Tylko efekt jest ten sam. Ale dobra, nie o Comie tutaj.
Nie wiem skąd się biorą tacy ludzie jak Dr Yry i jego kompani, ale bez nich ten świat byłby jeszcze bardziej posrany, niż jest z nimi.
Nazajutrz w Bogarcie występował Maleo ze swoimi regerockersomi, i mam nadzieję że swoją uduchowioną muzyką wypędził z Gomunic demony debilizmu zasiane przez połączone siły TPN 25 i Kabanosa.
A Zagłębie na wicemistrza!
Weszliśmy do klubu, widzieliśmy próbę Kabanosa, a potem wyszli Yry i spółka - z tym że ich "próba" trwała może 5 minut. "Teraz to jest próba, musimy się nauczyć grać. Jeszcze 3 piwa i będziemy umieć".
Poślizg półgodzinny, na początek Kabanos. Słabo znałem repertuar, a szkoda, bo wystarczyło obejrzeć ten teledysk by sobie uświadomić, z jakimi szajbusami będę miał przyjemność.
Bo nie o wirtuozerię w tym wszystkim chodzi. To ma być przede wszystkim czad i energia, pogo i konwulsje - ale to później. Kabanosy szalały na scenie i na stołach, a TPNy szalały przy barze. Zerkałem co jakiś czas na Doktora Yry, i od razu było widać że na pewno nie powtórzy sie incydent z kultowego MTV Unplugged, kiedy to pierwszy raz w życiu śpiewał na trzeźwo. W ciągu może 20 minut wychylił chyba 4 kufle... No ale szczęśliwi piwa nie liczą.
"A teraz utwór, którego nie zagramy jeśli wszyscy nie kucną. Kto nie kucnie, ten umrze w ciągu 7 dni". Głos z tyłu: "A weź spierdalaj" - "Kto nie kucnie, ten kupił płytę Agnieszki Chylińskiej Modern Rockin" - nie no, dobra... Ktoś krzyczy: "ja kupiłem!" - "To bardzo źle, że kupiłeś bo ona nie zrobiła tego dla pieniędzy. Takie płyty się ściąga z internetu. Od tego jest internet!"

Bisowali długo, a po nich wyszły gwiazdy wieczoru. TPN 25 - zespół zadający kłam teorii, że jeśli nie umiesz grać i śpiewać to na pewno zrobisz w Polsce karierę i będziesz sławny. Dobrze, że nisza w tym nurcie istnieje...
"Czy wszyscy są już pijani? Za mało was. To schodzimy i zaczniemy za pół godziny."
"Jeśli myślicie, że koncert Kabanosa to była najlepsza rzecz jaka mogła was dzisiaj spotkać, to macie rację".
"Cieszcie się przyjechaliśmy, bo gdyby przyjechał sam Kabanos to płacilibyście po 20 zł, a że przyjechał TPN to macie zniżkę".
"Karate Puma" na początek, pogo i demolka.
Zaraz na początku koncertu w wartej dwa miliony złotych, legendarnej gitarze Yrego poszła struna (nie przypadkiem jedna z jego ksyw to Strunodestruktor) - byłem pewien, że w niczym mu to nie będzie przeszkadzać i dalej będzie grał - ale jednak wyszedł na zaplecze ją zmienić, a Rudy w tym czasie zabawiał publiczność grając na basie kolędy i inne kościelne pieśni. Okazało się, że gitara Yrego się spieprzyła całkiem, i musiał pożyczyć instrument od kolegi z Kabanosa - strasznie kretyńsko Yry wyglądał z normalną gitarą.
"Sram", czyli jedyna tego wieczoru ballada - aż odruchowo chciało się wyciągnąć z kieszeni zapalniczkę.
Był taki utwór (ale zapomniałem już który), który musieli zagrać trzy razy, bo Rudy się ciągle mylił i grał refren zamiast zwrotki (albo odwrotnie).
"Teraz zagramy utwór, który pierwotnie miał trzy zwrotki, ale przy nagrywaniu płyty zapomnieliśmy o tym i nagraliśmy dwie - ale teraz zagramy trzy żeby was wkurwić"
"Ktoś może dać Rudemu piwo? bo mi moje wypija. Napluje mi i będę jeszcze bardziej chory"
Yry smarkający, a później rzucający chusteczką w publiczność... nie, aż tak to nie - ale przez moment byłem pewien, że rzuci.
"Kanały", czyli jeden z tych utworów na które czekałem najbardziej - zabrzmiało na tyle świetnie, na ile świetnie może zabrzmieć utwór TPN 25.
"Jeszcze nie wyszliście? Ile to ludzie są w stanie znieść jak zapłacą za bilet - byle się nie zmarnowało"
"Yyy", i było mniej więcej tak.
Ja też się wiłem, ale jestem introwertykiem i robiłem to wewnętrznie - podobnie rzecz się miała z pogowaniem. Wszystko przeżywałem tak samo jak szalejący tłum, a po koncercie byłem chyba bardziej zmęczony od nich. "Legia Pany" usłyszane na żywo - bezcenne.
Jeszcze raz "Yyy", i na sam koniec słowa wykrzyczane przez Yrego prosto z serca i wątroby: "możemy grać w wielomilionowych miastach i tam zawsze jest chujowo, a przejeżdżamy tutaj i zawsze jest zajebiście, bo to jest kurwa najlepszy klub muzyczny w tym kraju!!! "
Aplauz, bisów już nie było.

P.S. zdjęcia by Kertoip
Tagi: muzyka, koncert, kabanos, bogart, gomunice, tpn 25, dr yry, być debilem
skomentuj (0)

Wprawdzie w rankingu FIFA awansowaliśmy ostatnio o jedno miejsce, ale żeby niektórym nie zaszumiało od tego w głowach...
Botswana to państwo w południowej Afryce - może i mają lepszą reprezentację, ale to my mamy dostęp do morza. Półpustynny kraj porośnięty ciernistą sawanną, zamieszkiwany pierwotnie przez Buszmenów. W latach 50-tych ubiegłego stulecia na tamtych terenach powstał Front Wyzwolenia Judei... wróć... Front Wyzwolenia Botswany, który w 1966 roku doprowadził do uzyskania niepodległości. Dziś ten kraj notuje najwyższy wzrost PKB na osobę na świecie, a piłkarska reprezentacja jest wyżej notowana od Polski.
W Wikipedii wyczytać można tylko tyle, że to jedna z najsłabszych drużyn afrykańskich. Ale ja w Wikipedię nie wierzę już od dawna.
Tagi: botswana, bohaterowie, naszych, czasów
skomentuj (0)
Po topie piwnym przyszedł czas na top filmowy. W tym temacie jednak nie czułem się tak pewnie i miałem zdecydowanie mniej do powiedzenia... Ale mimo tych przeciwności udało mi się swój zestaw wykroić.
Nie znam się na filmach, i nie zamierzam udawać że jest inaczej. Film nigdy nie był szczególnie bliską mi dziedziną sztuki, i to się raczej nie zmieni. Nawet mógłbym pokusić się o stwierdzenie, że mógłbym sobie spokojnie wyobrazić swoje życie bez niego i nie poczułbym żadnej pustki.
Mam świadomość, jak wielu ważnych pozycji w życiu nie widziałem i pewnie nie obejrzę. Początkowo zamierzałem podejść do tego topu bardzo poważnie i przynajmniej część braków nadrobić, ale zabrakło mi determinacji i czasu.
Mimo całej tej mojej ignorancji, udało mi się ułożyć w miarę uczciwą dwudziestkę. Oto i ona:
1. Łowca Jeleni (1978)
2. Prawo Bronxu (1993)
3. Stowarzyszenie Umarłych Poetów (1989)
4. Monty Python i Święty Graal (1975)
5 Forrest Gump (1994)
6. Dzień Świra (2002)
7. Sens życia wg Monty Pythona (1983)
8. Pulp Fiction (1994)
9. Rejs (1970)
10. The Doors (1991)
11. Żywot Briana (1979)
12. Dziecko Rosemary (1968)
13. Miś (1980)
14. Wesele (2004)
15. Nie lubię poniedziałku (1971)
16. Piękny umysł (2001)
17. Vabank (1981)
18. Nie ma róży bez ognia (1974)
19. Powrót do przyszłości (1985)
20. Psy (1992)
Był Artystą dla mnie ważnym z wielu powodów. Chyba najważniejszy to ten, że jego koncert w 2002 roku w katowickim Spodku był pierwszym wielkim koncertem muzyka światowej klasy, jaki miałem przyjemność zobaczyć na żywo. Pekaesem z Żytna jechaliśmy na ten koncert, kurna... Nie zagrał Paryżanki, ten żal to jedna z pierwszych rzeczy jaka mi się nasuwała na myśl o tamtym dniu - teraz już wiem, że nigdy nie usłyszę jej na żywo... Staliśmy tuż za barierkami. Gdy zaczynało się "Still Got The Blues", zgodnie z obietnicą wyciągnąłem z kieszeni Motorolę o wielkości cegły i zadzwoniłem do brata, by też mógł sobie posłuchać. Wyciągnąłem telefon w górę, natychmiast podszedł do mnie barczysty ochroniarz i nic nie musiał mówić, od razu schowałem cegłę tam, skąd ją wyjąłem. Dziś każdy koncert można nagrać byle telefonem... Pamiętam, że wielu utworów zagranych wtedy przez Garego nie kojarzyłem - to jeszcze były dla mnie czasy przedinternetowe, dużo trudniej było się solidnie przygotować do takiego koncertu i poznać cały dorobek wykonawcy. Szczególnie zapamiętałem też basistę z dreadami. Kilka miesięcy temu przypadkiem oglądałem jakiś teledysk Skunk Anansie, no i mnie oświeciło... Basista Skunksów i ówczesny basista w zespole Garego to jedna i ta sama osoba.

Tak jak w Polsce gitary Jurka Styczyńskiego nie da się pomylić z żadną inną, tak na świecie jego odpowiednikiem był dla mnie zawsze Gary Moore... Był... Bo jego gitara zamilkła już na zawsze.
Jego muzyka towarzyszyła mi w wielu momentach. Najmocniej przywiązany jestem do Paryżanki, bo ten utwór zawsze był dla mnie muzycznym tłem do spacerów po tym cudownym mieście. Kiedyś dostałem na gwiazdkę od siostry dwupak zakupiony właśnie w jakimś paryskim sklepie - koncertowe "Blues Alive" i legendarne "Still Got The Blues".
Choć wielu wyżej ceni "Mesjasza", to jego instrumentalnych utworów mi bliżej do "The Loner". Do tego stopnia, że gdy dwa lata temu zacząłem się bawić w montowanie amatorskich filmików pokazujących bliskie i ważne dla mnie miejsca, wykorzystałem ten utwór jako tło do jednego z nich...
Chyba od śmierci Pawła Bergera nie czułem tak ogromnej, muzycznej pustki.
Kiedyś Gary zaśpiewał to dla kogoś innego, ale od teraz ten utwór brzmiał będzie dla mnie szczególnie...
Tagi: muzyka, moore, gary, niezastąpieni
skomentuj (0)
Zastój... znów się przytrafił. Ale nikt nawet tego nie zauważył, więc nie mam wielkich wyrzutów sumienia.
Mam jednak przeczucia, że niebawem ten blog rozkwitnie - jednak niekoniecznie z takich powodów, jakich bym sobie życzył.
Jeszcze dziś postaram się nadrobić część zaległości. A pierwszy i jedyny tegoroczny powinien zostać usunięty, ale zachowam go jako historyczną ciekawostkę.
Pamiętasz kiedy poznaliśmy się po raz pierwszy?
To już z 8 lat...
Wiesz...
Zawsze kiedyś musi przyjść czas rozstania.
A więc żegnaj.
C'est La Vie.
Jako że to moja ostatnia przedświąteczna i prawdopodobnie (choć któż to wie) tegoroczna notka, chciałbym życzyć wszystkim tu błądzącym zdrowych, spokojnych i prawdziwych świąt. A na Nowy Rok wszelkiej pomyślności, a także być może przełamania tej swojej dziwnej internetowej nieśmiałości i większej aktywności tutaj.
Do życzeń dołączam piosenkę.
Są ludzie, których zastąpić się nie da - często słyszymy po śmierci kogoś ważnego. Często na wyrost, często tylko dlatego, że tak wypada. W tym cyklu (mam nadzieję, że bardzo rzadko się ukazującym) będę pisał tylko o tych, którzy naprawdę są niezastąpieni. I raczej nie będą to ludzie z pierwszych stron gazet.
Roman Hurkowski, prawdopodobnie najwybitniejszy polski dziennikarz zajmujący się futbolem, po ciężkiej chorobie odszedł kilka dni temu tam, gdzie teraz może sobie walnąć kielicha robiąc wywiad-rzekę z Deyną czy Bestem. Przeczytałem w ostatnich dniach mnóstwo pięknych i poruszających wspomnień o Nim, dowiedziałem się wielu rzeczy o których nie miałem pojęcia...
Spotkałem się w swoim życiu z dość pogardliwymi opiniami na temat dziennikarstwa sportowego, że to niby jest gorsza i mało ambitna gałąź dziennikarstwa. Ciekawe, czy ci ludzie kiedykolwiek zetknęli się z jego artykułami...
Gdybym miał wymienić swoich Mistrzów, ludzi którzy mnie ukształtowali i uczyli mnie pisać (choć sami o tym nie wiedzieli), to Pan Roman byłby jednym z tych największych. Miał niesamowicie wyrazisty sposób pisania, a do tego był wyjątkowo rzetelny i fachowy - w dzisiejszych czasach to połączenie jest coraz rzadziej spotykane w dziennikarstwie, nie tylko sportowym.
Miał w sobie to coś co sprawiało, że głównie dla niego przez większość swojego życia biegałem do kiosku po "Piłkę Nożną". I to nie przypadek, że po jego odejściu stamtąd na początku tego wieku ta gazeta z czasem przeobraziła się w zwykły piłkarski szmatławiec...
Jak to pięknie ujął mój forumowy kolega Krzysiek: "Obok Atlasa, Zmarzlika i Petruczenki to był mój swoisty idol lat młodzieńczych i uwielbiałem go czytać. Typ prawdziwego dziennikarza, a nie ludzi goniących za sensacją, o nie najwyższym przygotowaniu merytorycznym (choć ci nawet z dzisiejszej prasy przerastają telewizyjnych...) Taka strata naprawdę boli."
Oczywiście nigdy Go nie spotkałem i z nim nie rozmawiałem. Ale pamiętam moje początki z internetem, gdzieś w szkolnej sali od informatyki. Ależ to była w wieku 14-15lat wielka frajda, gdy można było napisać kilka słów do Marka Niedźwieckiego, Piotra Kaczkowskiego, Pawła Kostrzewy, czy właśnie do dziennikarzy "Piłki Nożnej". A jeszcze większym przeżyciem było, gdy ktoś mi odpisał. Pan Roman był jednym z nich, ale niestety nie pamiętam czego ta korespondencja dotyczyła... Dziś czytam, że nigdy nie zdarzyło mu się nie odpisać na maila, odpowiadał na każdy, nawet najbardziej idiotyczny komentarz pod swoimi artykułami...
Mam dość duży żal do siebie, że po Jego odejściu z "PN" właściwie nie wiedziałem, co się z Nim dalej działo. Kilkukrotnie natrafiłem na Jego felietony w incydentalnie czytanym magazynie "Futbol", ale to było wszystko - z braku czasu dużo mniej w ostatnich latach czytałem o piłce... Ale teraz wiem, że on przez cały czas pisał, choć trochę na uboczu. Teraz będę się starał to nadrobić, i chciałbym przeczytać w miarę możliwości wszystko to, co napisał w ostatnich latach...

Tagi: sport, piłka, nożna, roman, niezastąpieni, hurkowski
skomentuj (0)
99,9% recenzji tej płyty zaczyna się od słów: "aż 6 lat Dżem kazał fanom czekać na nowy album, bla bla bla". I bardzo dobrze, że tyle kazał czekać. Dzięki temu dostaliśmy płytę misternie dopracowaną w każdym calu. Oczywistości o muzycznej dojrzałości mistrzów i umiejętności wydobywania ze swych instrumentów najpiękniejszych dźwięków nie będę powtarzał. To, co jednak szczególnie rzuca się na uszy, to w większości znakomite teksty - a pierwsza płyta z Maćkiem na wokalu niestety pod tym względem była mocno kulawa.
Różnorodność - o tym też możecie przeczytać w każdej recenzji. Tak, jakby to było coś w przypadku Dżemu nowego i szokującego. Przecież oni zawsze byli w tym znakomici, i na tej płycie nie mogło być inaczej. Zaczyna się czadowo, a później ciągłe zmiany tempa - gdy trzeba to jest spokojnie i balladowo, gdy trzeba odlecieć to odlatują razem z tytułową leci-Muzą, gdy trzeba się pobujać to zgrabnie zahaczają o reggae, gdy trzeba przywalić to przywalają "Strachem", a na koniec pięknie uspokajają harmonijką...
Czuć na tej płycie niesamowitą radość z grania. Ona przebija z każdego dźwięku. Czuć niezwykłą dojrzałość i maestrię. Czuć wielką mądrość bijącą z większości tekstów (choć kilka dość niebezpiecznie ociera się o banał i naiwność), a fragmenty kilku z nich powinny na stałe wejść do słownika prawdziwego dżemfana. Tak, wiem że tym tekstom daleko do... Ale na takie porównania zareagować można prostym: wiadomo, że za komuny było lepiej.
Skoro tyle dobrych słów już tutaj napisałem, to pewnie niektórym ciśnie się na usta pytanie: więc co z nią jest nie tak? Sprawa jest dość złożona... Patrząc ze strony czysto muzycznej: nierówna jest. Jest kilka momentów wybitnych, i kilka, choć niezłych, to jednak trochę odstających. Ale rzecz chyba ważniejsza...
Dżem zawsze był najważniejszą kapelą mojego życia, i możliwe że to się nigdy nie zmieni. Zawsze najbardziej trafiał w moje przesiąknięte nostalgią i smutkiem serce, zawsze ta muzyka przeszywała moją melanchonijną duszę na wylot. Nowy album Dżemu ma tego pecha, że niestety trafił na bardzo ciekawy i dobry okres w moim życiu. Takie dźwięki trafiają do mnie teraz mniej, czasem muszę się nawet trochę zmuszać by w pełni tę muzykę poczuć... Cholernie dziwne i zupełnie nowe doświadczenie w moim życiu.
Cóż, czasami już tak w życiu bywa... :P

Dokładnie dziś mija miesiąc od oficjalnej premiery albumu, o którym w tym kąciku nie napisać bym nie mógł. Miesiąc to akurat odpowiedni czas, by spojrzeć na rzecz tak długo wyczekiwaną na trzeźwo i bez emocji.
Tagi: muzyka, muza, dżem, płyta
skomentuj (0)
Benin, kraj niegdyś znany jako Dahomej. Znany był również z posiadania elitarnego oddziału kobiet- wojowniczek zwanych Ahosi (nasze matki). Kraj sawann, akacji, baobabów, antylop, lampartów, słoni i hien.
Piłkarska reprezentacja Beninu, jak można wyczytać w niezawodnej wikipedii, to jedna ze słabszych drużyn afrykańskich. Nawet swojego przydomka nie mają. Nigdy nie wystąpiła w Mistrzostwach Świata, w Pucharze Narodów Afryki także nie osiągnęła nic znaczącego.
Od biedy jako sukces mogą sobie zapisać fakt, że kilka dni temu wyprzedzili Polskę w rankingu FIFA...

Tagi: sport, reprezentacja, piłka, bohaterowie, nożna, naszych, czasów, beninu
skomentuj (0)
Zima.
Moja prawie ulubiona pora roku.
Spacer sprzed paru dni.
Śnieżna mgła, i moja wioska nią spowita.
Widoczność taka, jak na pierwszym zdjęciu...



Piłka nożna i muzyka - dwie największe pasje mojego życia. No, może jeszcze piwo... To trzy.
Niekiedy łączą się w sposób przedziwny i cudowny w jedną całość. Poniżej filmik, który wbił mnie w fotel i trzymał w takiej pozycji przez 7 minut. Prawdopodobnie najlepszy tego typu montaż, jaki kiedykolwiek widziałem...
Enjoy.
Tagi: muzyka, sport, lech, poznań, piłka, nożna, ros, sigur
skomentuj (0)
Jakiś czas temu, na najlepszym forum w Polsce, przeprowadziliśmy plebiscyt w którym wybieraliśmy nasze ulubione piwo. Swoje wyniki przedstawię także tutaj, co mi szkodzi. 20. EB
"każde piwo jest pierwsze" - jak mówi znana piosenka. Ale to było najpierwsze...
19. Zlatý Bažant
Weekend w Czechach, kto chciał na narty ten jeździł, a kto nie lubił to się szwędał po górach z plecakiem pełnym Bażantów...
18. Piast
Piastonalia, czyli nasze Juwenalia. Modyfikacja nazwy nieprzypadkowa.
17. Imperator
Moc jest. Ze smakiem ciut gorzej, ale w akademiku czynnik ekonomiczny bywał kluczowy.
16. Wojak
Minimalnie lepsze wspomnienia, niż przy Imperatorze.
15. Okocim Mocne
Zamyka serię procentowych gigantów. Nieprzypadkowo najwyżej.
14. Leżajsk
Najbardziej znośne piwo z Biedronki.
13. Łomża
Nie jest tak dobre jak w reklamach, ale jest niezłe
12. Warka Czerwona
Niebo lepsza od swojej siostry.
11. Pražský
Wspomnienie z Irlandii... Nasze piwo piłem tam tylko przy szczególnych okazjach, ze względu na cenę. To było jedno z niewielu poniżej 2 euro. I było naprawdę dobre. Nigdy wcześniej i później już nie piłem.
Także pite podczas studenckich wypadów do Czech. Dobre, ale bez szału. W Polsce smakuje jakoś słabiej.
9. Specjal
Rzutem na taśmę, z pominięciem poczekalni... Okoliczności poznania nie zapomnę nigdy - adrenalina była i znów poczułem się 10 lat młodszy...
8. 1664
Wszystko o tym piwie jest tutaj
(o k... ależ było moje zdziwienie, gdy w wpisaniu w google grafika "1664 piwo" wyskoczyło mi... zdjęcie z mojego bloga)
7. Żywiec
Lubiane przez prawie wszystkich. Ale przeze mnie tylko lubiane. Piję tylko w nagłych wypadkach.
6. HarnaśTu już zaczynają się piwa, które piję stosunkowo najczęściej. Do Harnasia szczególny mam sentyment z czasów studenckich.
5. Tatra Pils
A Tatrę najczęściej pijałem w swojej rodzinnej miejscowości. Do dziś chętnie po nią sięgam.
4. Książ
Czarny koń turnieju. A pamiętam czasy, gdy puszka kosztowała 1,66zł... 3 niezłe piwa za 5zł - jak w bajce...
3. Dębowe Mocne
Trzy to max, bo jeśli przesadzimy to później głowa napieprza jak po litrze wódki. Najlepszy w chwili, gdy nie mam ochoty na pieprzenie się sam ze sobą, tylko liczy się szybki efekt. Niezawodny, i odkąd pamiętam na znakomitym poziomie.
2. Tyskie
Klasa i elegancja w każdym promilu. Chyba jedyne piwo, które lubię pić w knajpach. A że do knajp chodzę raczej rzadko... Ale w domu też dobrze smakuje.
1. Żubr
Jak to mnie słusznie w piatek lub sobotę zapytał Yacy - to po co było robić ten turniej, skoro i tak od początku było wszystko wiadomo? ż
Po to, by się przekonać, czy aby na pewno.
I żeby się dobrze bawić.
Plan został wykonany.
Dziękuję.
skomentuj (0)